– Tam – szepnął cicho Joseph, wyłączając głośny silnik. Pod rozłożystym baldachimem samotnej akacji leżał samiec lwa. Był potężny – ciemna, gęsta grzywa otaczała pokrytą bliznami twarz, a jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w rytm ciężkich, powolnych oddechów.
– Jest wspaniały – wyszeptał David, pochylając się bliżej do szyby. – Trzymajmy się na dystans i pozostańmy w samochodzie – przypomniał im Joseph cichym głosem. – Dla niego ten jeep to tylko wielka, nieciekawa bryła. Nie postrzega nas jako pożywienia.
Przez krótką chwilę wszystko szło zgodnie z planem. Ale potem zaokrąglone uszy lwa gwałtownie drgnęły. Jego ciężka głowa gwałtownie uniosła się do góry, a złote oczy utkwiły prosto w jeepa z ostrym, przerażającym natężeniem. Powoli ten ważący sześćset funtów drapieżnik wstał w cieniu. Nie przeciągnął się ani nie ziewnął jak zaspany kot. Jego intensywne spojrzenie pozostało utkwione w przerażonej rodzinie siedzącej w otwartym pojeździe.