Zanim Marco zdążył zorientować się w niebezpieczeństwie, jakie stanowił budzący się olbrzym, z polnej drogi poniżej dobiegł go cichy pomruk silnika. Przycisnął się do zimnego błota. Przez mgłę po drodze zbliżały się słabe, żółte światła nieoznakowanego pickupa. Wysiadło z niego dwóch mężczyzn w ciemnych kombinezonach przeciwdeszczowych, niosących ciężkie stalowe klatki dla zwierząt i grube kije do chwytania zwierząt.
Wracali, by zabrać matkę niedźwiedzicę, zanim ekipa drwali ich znalazła — zupełnie nieświadomi, że niedźwiedzica właśnie się budziła ani że jej młode utknęły w cedrze pięćdziesiąt jardów dalej.
Marco sięgnął do paska, by wezwać pomoc, ale w głębokiej dolinie z jego radia dochodziły jedynie ostre zakłócenia. Był całkowicie odcięty od świata. Gdyby kłusownicy dotarli do krzaków, zastrzeliliby niedźwiedzicę, gdy tylko zauważyliby, że się obudziła. Gdyby matka niedźwiedzica dotarła do kłusowników, zaatakowałaby ich – a potem skierowała swój gniew na wszystko inne w lesie, w tym na Marco i jej uwięzione młode. Musiał działać natychmiast.