Niedźwiedzie lubiły osłonę. Lubiły drogi ucieczki. Nie lubiły, gdy gapiły się na nie setki ludzi. Elias napełnił wiadro plasterkami jabłka, miodowymi ciasteczkami i kawałkiem ryby. To nie była sztuczka. To nie była gwarancja. Ale Mara znała to wiadro. Znała jego dźwięk. Znała jego zapach.
Wszedł do alejki sam, trzymając ciało obrócone bokiem, by nie wydawać się groźnym. Tłum był teraz dalej, ale wciąż słyszalny, niski, niespokojny pomruk za barykadami. „Mara – zawołał cicho. Jej uszy drgnęły. Potrząsnął raz wiadrem. Przez kilka sekund nic się nie działo.