„Odpocznij trochę” – powiedział mi sierżant. „Rano będziemy wiedzieć więcej” Przytaknąłem, ale nie poszedłem do domu. Zamiast tego zostałem na zewnątrz i zacząłem pukać do drzwi. Dzielnice budziły się fragmentami. Światła na werandzie wciąż włączone. Kawa parzyła się za na wpół otwartymi żaluzjami. Ludzie odpowiadali w kapciach i bluzach z kapturem, nieufnie, ale z ulgą widząc mundur.
Powoli zbierałem zeznania, pozwalając im mówić o swoich nerwach. Jedna z kobiet powiedziała, że obudziła się, ponieważ jej pies nie przestawał warczeć. Kiedy wyjrzała przez okno, zobaczyła mężczyznę idącego chodnikiem, jakby tam należał – ze spuszczoną głową, rękami luźno po bokach, poruszającego się szybko, ale nie biegnącego.