Nic, co powiedział, nie pasowało do siebie. Kto chodzi tak daleko do pracy? Kto odpowiada na pytania z miejsca, w którym nie jest w pełni obecny? W końcu zjechałem z powrotem na drogę. Kazałem sobie czekać. Jeśli mówił prawdę – jeśli jakakolwiek część tego była prawdą – zobaczę go ponownie w świetle dziennym. Nie musiałem długo czekać.
Następnego ranka zaparkowałem naprzeciwko przystanku autobusowego niedaleko Lincoln i patrzyłem, jak ludzie dojeżdżający do pracy zbierają się w luźne, zmęczone skupiska. Kubki z kawą. Torby do pracy. Ciche zniecierpliwienie ludzi odliczających minuty. Wtedy go zobaczyłem. Tego samego mężczyznę. Ta sama budowa. Ale tym razem wyglądał na… poukładanego. Czysty mundur. Zapięta marynarka. Włosy uczesane.