Mężczyzna idzie 20 mil do „pracy”, aż pewnego dnia podąża za nim gliniarz i widzi dlaczego

Nigdy nie wszedł do żadnego domu. Nigdy nie dotknął drzwi. Nigdy nie obejrzał się za siebie. Prawda uderzyła jak lodowata woda. Dochodziła do niego powoli. Nie wszystko naraz. To było najgorsze. Po powrocie do biurka ponownie rozłożyłem raporty – tym razem nie szukając podejrzanego, ale nakładania się.

Czasy. Ulice. Zeznań świadków, którzy wspominali o ruchu zamiast o kradzieży. Ktoś szedł. Ktoś widziany, a potem zniknął. Ktoś zapamiętany tylko dlatego, że był tam, gdy nic innego nie miało sensu.