Początkowo wyglądała jak ciemna linia tuż pod wodą. Potem się podniosła. Powoli. Jedna część czarnego kształtu zatoczyła łuk nad powierzchnią, po czym ponownie osiadła, wysyłając fale na zewnątrz. Był dłuższy niż ktokolwiek z nich sobie wyobrażał. Był też gruby.
O wiele za gruby, by być wężem – i to w jakiś sposób pogorszyło sprawę. Przez kilka sekund nikt w żadnej z łodzi nic nie mówił. Jeden z młodszych mężczyzn wyszeptał pod nosem modlitwę. A potem było jeszcze gorzej. W oddali pojawiła się kolejna łódź.
Na początku był to tylko mały kształt poruszający się po zakręcie, niski i biały na tle wody. Ale zmierzała prosto w kierunku tego samego odcinka rzeki. Ludzie natychmiast zaczęli krzyczeć, machać rękami i krzyczeć, by zawrócili.
Ale najdziwniejsze było to, że mężczyźni w zbliżającej się łodzi wcale nie wyglądali na zaniepokojonych. Wyglądali, jakby dokładnie wiedzieli, co robią.