Zostawił kosz na śmieci otwarty i przeszedł przez resztę domu, kierowany teraz innym rodzajem pośpiechu. Przy tylnych drzwiach na wieszaku, na którym zwykle wisiała tylko płaszcz przeciwdeszczowy Laury, wisiała męska kurtka — zbyt mała, by należeć do niego, ale zbyt duża, by należeć do kogoś tak drobnej postury jak jego żona.
W sypialni na jego stronie łóżka leżała druga poduszka, z której unosił się zapach, który nie był ani perfumami Laury, ani jego własnym proszkiem do prania. Na kalendarzu w kuchni nad wtorkiem widniało imię napisane pismem, które nie należało do niej: „M — odebrać wyniki badań, godz. 14:00”. Wpatrywał się w to, próbując przyporządkować imię do twarzy, ale nie przychodziło mu do głowy nic wystarczająco konkretnego, czego mógłby się uchwycić.
Wciąż wpatrywał się w kalendarz, gdy ostre pukanie rozbrzmiało w drzwiach wejściowych, na tyle mocne, że poczuł je przez podłogę. Potem głośny i oficjalny głos przerwał ciszę panującą w domu. „Policja! Otwieraj drzwi!” Serce Daniela podeszło mu do gardła z zupełnie innego powodu.