Cztery godziny później potężne silniki kutra Straży Przybrzeżnej przecinały spokojną wodę, pojawiając się na horyzoncie. Za nim, bezpiecznie holowany na grubej linie holowniczej, płynęła jasnopomarańczowa, zamknięta łódź ratunkowa statku. Leo stał na wysokim skrzydle mostka, obserwując, jak statek ratowniczy podpływa obok gigantycznego stalowego kadłuba. Klapa łodzi ratunkowej otworzyła się z trzaskiem, a osiemnastu zmęczonych, spanikowanych członków załogi zaczęło wspinać się z powrotem po drabinie, na czele z głęboko upokorzonym kapitanem.
Zespół abordażowy Straży Przybrzeżnej przejął most kapitański, natychmiast zwalniając Leo z warty. Chętnie przekazał mikrofon radiowy, zszedł z powrotem na swoją małą drewnianą łódź i pod wieczornym niebem popłynął silnikiem z powrotem w kierunku lądu, a zagadka wciąż krążyła mu w głowie. Następnego ranka zadzwonił jego telefon. To był kapitan Straży Przybrzeżnej.
— Pomyślałem, że chciałbyś poznać najnowsze informacje — powiedział głos. „Prosty wyciek z rury spowodował zwarcie w komputerze, przez co ten podał fałszywe informacje o zalaniu. Ale nawet gdyby to była prawda, kontenery na statku były wypełnione wyłącznie korkiem i lekkimi blokami piankowymi. Ten statek dosłownie nie mógłby zatonąć, nawet gdyby bardzo się starał. Załoga uciekła z niezatapialnego statku”.
Leo roześmiał się, odłożył słuchawkę i otworzył papierowy notatnik, by zapisać ostatnią linijkę:
Dzisiaj żadnych ryb. Zamiast tego złapałem gigantyczny statek.