Na początku nie wydawało się to problemem. Interakcje były krótkie. Kontrolowane. Zawsze nadzorowane. Milo siedział na ramieniu Arjuna, spokojny i miarowy, podczas gdy pozostali trzymali się z daleka wewnątrz wybiegu. Żadnego chaosu. Żadnej agresji. To było nieszkodliwe. Nawet korzystne. Odwiedzający zostawali dłużej. Zaangażowanie wzrosło. Kierownictwo nie wyraziło sprzeciwu.
Ale Arjun zauważył zmiany. Małe rzeczy. Łatwe do przeoczenia. Kiedy Milo wrócił do zagrody, pozostali nie powitali go z radością. Obserwowali go. Wciąż. Nieczytelnie. Potem jeden się poruszył. Szybki wypad. Ostre pchnięcie. Znikał, zanim ktokolwiek zdążył zareagować. Milo nigdy nie walczył. Po prostu się wycofał. Wspiął się wyżej. Trzymał się z daleka dłużej.
Pewnego popołudnia Arjun obserwował, jak Milo ostrożnie zbliża się do grupy. Żadnych gwałtownych ruchów. Żadnego zagrożenia. Po prostu… próbował. Jedna z większych małp odwróciła się i uderzyła go. Szybko. Czysto. Milo potknął się, ledwo łapiąc się przed upadkiem. Pozostali nie interweniowali. Nie zareagowały. Po prostu wrócili do swoich zajęć.
Jakby go tam w ogóle nie było. Arjun poczuł, jak zaciska szczękę. Coś w tym wszystkim nie pasowało. Po raz pierwszy zastanawiał się, czy Milo ma gdziekolwiek swoje miejsce.