Automatyczne drzwi oddziału ratunkowego szpitala St. Jude rozsunęły się z ciężkim westchnieniem, wpuszczając do środka strumień północnego deszczu oraz ciężką, przerażającą obecność. Elena Ward, główna pielęgniarka zajmująca się segregacją medyczną, zamarła z palcami zawieszonymi tuż nad klawiaturą. Taki widok w ruchliwym miejskim oddziale ratunkowym – zwierzę o takim kształcie i rozmiarach – zazwyczaj oznaczał, że za drzwiami czeka poważny incydent.
Był to pitbull. Był potężny, miał pokrytą bliznami, kanciastą głowę, mocno przycięte uszy i sierść przemoczoną do matowej, posiniaczonej szarości. Jego klatka piersiowa unosiła się w rytm nierównego, wyczerpującego sapania, które sprawiło, że zatrzęsła się szyba recepcji. Gdy jednak zwierzę wkroczyło w pełni w ostre światło jarzeniówek, zbiorowy wdech zdumienia rozległ się w poczekalni, jakby ktoś wyssał powietrze z całego holu.
Na szerokich, umięśnionych plecach psa, z małymi palcami desperacko wplątanymi w jego gęstą sierść na karku, siedziała mała dziewczynka. Nie mogła mieć więcej niż sześć lat. Jej twarz była śmiertelnie blada, a głowa zwisała bezwładnie na ramieniu zwierzęcia niczym zapomniana szmaciana lalka.