Chauncy zamarł. Przez chwilę rozważał udawanie, że tego nie usłyszał. Po prostu idź dalej. Po prostu wyjść. Ale coś w tym głosie sprawiło, że było to niemożliwe. Powoli się odwrócił. Mężczyzna stał kilka stóp dalej. Starszy. Czysta koszula. Ręce złożone na piersi. Obserwował go. Nie był klientem. Chauncy natychmiast go rozpoznał. Kierownik sklepu. Przez ułamek sekundy Chauncy wiedział, co zobaczył.
Upuszczony batonik. Sposób, w jaki go podniósł. Zbyt szybko. Zbyt nerwowo. „Tak… ty – powiedział mężczyzna, przechylając lekko głowę. „Podejdź tutaj.” Nie było głośno. Nie musiało być. Para w pobliżu już zaczęła się przyglądać. Chauncy poczuł, jak napina mu się klatka piersiowa, gdy zrobił kilka powolnych kroków do przodu. Każdy z nich był cięższy od poprzedniego. Oczy kierownika nie opuszczały go anina sekundę. „Co ty tu robisz? – zapytał.
Proste pytanie. Ale to już nie było takie proste.