Przez osiem godzin dziennie, każdego dnia, Samuel siedział na tej betonowej podłodze. Kiedy skurczyły mu się nogi, przesunął się powoli. Kiedy mówił, robił to niskim, monotonnym dudnieniem – po prostu pozwalając, by jego głos stał się przewidywalnym, niezagrażającym hałasem w tle. W trzecim tygodniu ślepa furia ustąpiła miejsca napiętej, ciężkiej ciszy. Luna przestała szarżować na kraty. Zamiast tego położyła się z tyłu swojej zagrody, z uszami wyciągniętymi do przodu, skrupulatnie śledząc jego ruchy.
Prawdziwy przełom nastąpił w ciche, deszczowe popołudnie. Samuel czytał na głos, gdy usłyszał ciężki szelest w słomie. Luna podniosła się, idąc powoli, aż usiadła naprzeciwko niego przy kratach. Panowała absolutna cisza. Wtedy Luna zamknęła pysk i wydała z siebie niski, wibrujący, świszczący oddech – chuff. Było to uniwersalne kocie pozdrowienie pokoju. Samuel powoli wyciągnął rękę w kierunku bariery. Luna nie warknęła. Przechyliła głowę i delikatnie przycisnęła policzek do metalowych prętów.