Ciężkie płótno plandeki zsunęło się ze zgrzytem, odsłaniając matową, maślaną poświatę, która zdawała się pochłaniać cienie ciasnej, drewnianej szopy. Arthur wstrzymał oddech i zacisnął płuca, przesuwając drżącą, popękaną od soli dłonią po postrzępionej powierzchni kopca.
Był chłodny w dotyku, a jego powierzchnia pokryta była dziwnymi, bursztynowo-złotymi żyłkami, które łapały słaby promień jego latarki. Po dziesięcioleciach wyciągania z Morza Północnego jedynie soli i rozczarowania, wyglądało na to, że ocean w końcu postanowił spłacić swój dług.
Patrząc na żółto-rdzawy skarbiec leżący pośród zardzewiałych narzędzi, wiedział, że ma w ręku królewski okup. Triumfalny uśmiech zagościł na jego twarzy, gdy zamknął drzwi szopy, zamykając swoje nowe życie z dala od wścibskich oczu. Czuł się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, odrodzonym na nowo. Był bogaty i tylko to się liczyło.
Ale tylko wtedy, gdy wiedział, co go czeka, lub jak szybko jego szczęście zamieni się w koszmar, z którego nie będzie mógł uciec.